poniedziałek, 10 czerwca 2013

Rozdział 5

-Basia-
Zaczaiłyśmy się przed wejściem do kamienicy, przyjmując gangsterskie pozy. Gdy Marta nas zauważyła, stanęła jak wryta.
-Co wy robicie?-zapytała zdziwiona.
-Urywamy ci jaja-oznajmiłam z powagą. Wskazałam ręką na drzwi kawiarni.-Zapraszamy do środka. Mamy do pomówienia, młoda damo.




Usadziłyśmy Martę przy jednym ze stolików, po czym same, z rękoma skrzyżowanymi na piersi, rozpoczęłyśmy przesłuchanie.
-JAK BYŁO?!-wrzasnęła podekscytowana Ada, rzucając się na krzesło obok niej.
-ADA! Miałyśmy urwać jej jaja!-zganiłam ją.
-Noicooo?!-przewróciła oczami.-Siadaj, nie gadaj głupot-odsunęła mi krzesło po czym pociągnęła mnie za rękę tak, abym na nim usiadła. Zwróciła się do Marty.-Jak było?!
Brunetka wzruszyła ramionami, wzdychając głęboko.
-Dobrze... Chyba..-odparła krótko.
Uniosłam lekko brwi.
-Na pewno? Wydaje mi się, że coś nie tak-stwierdziłam podejrzliwie.-O co chodzi?
Marta wbiła wzrok w stół, nie chcąc widocznie odpowiadać na pytanie. Ada złapała ją za ramię i zaczęła nią trząść.
-Powieeedz, poowiedz, no! Nie bądź taka, chcemy wiedzieć!
-No dobra, dobra!-przewróciła oczami.-Nie było kiss kiss.
COOOOO?! Z wrażenia aż zerwałam się z miejsca.
-Jak to: Nie było kiss kiss?!-krzyknęłam oburzona.-Żartujesz sobie?!
Wzruszyła znowu ramionami.
-No nie było. Było fajnie, kolacja, później spacer, miło pogadaliśmy, ale... Nie było kiss kiss. Tylko w policzek.
Opadłam z powrotem na krzesło i z frustracją przytuliłam stół.
-Jaki żaaaaaaaaal-oznajmiłam inteligentnie.-Czy żaden facet na tym świecie nie ma już jaj?
-A co? Możdżonek nie odpisał?-zmarszczyła czoło brunetka.
Zgromiłam ją wzrokiem. Fuknęłam, wbijając spojrzenie w ulicę za oknem. Gdyby to chodziło o to, że on nie odpisał...Wtedy przynajmniej nie musiałabym się przejmować tym, że jestem zbyt wielkim tchórzem, żeby do niego napisać. Tym razem, w akcie frustracji przytuliłam oparcie krzesła.
-Nie, Kurek nie odpisał-odpowiedziała z rozżaleniem Ada.-Od porannego treningu ani jednego smsa nie wysłał.
-Serio?-zdziwiła się.-To ty napisz!
Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się nad sensem jej słów. W sumie...
-Racja-dodałam.-Czemu ty nie napiszesz?
Ada chwilę patrzyła się raz na mnie, raz na Martę, po czym z fochniętym wyrazem twarzy skrzyżowała ręce na piersi.
-Bo nie!-fuknęła.-Może lepiej ty napiszesz do swojego, co?!
Westchnęłam głęboko.
W sumie..
Racja..
Niesiona niesamowitym natchnieniem, wstałam od stolika.
-Dobra, dziewczyny, idę na górę. Do jutra.





Wpadłam do pokoju i usiadłam na łóżku. Sięgnęłam szybko po telefon leżący od wczorajszej nocy pod poduszką i odblokowałam ekran.
Wybrałam odpowiedni numer i nacisnęłam zieloną słuchawkę. Trzęsącymi się rękoma przytrzymywałam komórkę przy uchu, czekając, aż mężczyzna odbierze.
Usłyszałam głos. Serce zabiło mi szybciej. Szybko jednak znów się uspokoiło.
"Stan twojego konta wynosi 0 złotych, 4 grosze. Aby wykonywać wysyłać wiadomości i wykonywać połączenia..."
-KURWA!-wrzasnęłam.
Nim zdołałam pomyśleć, rzuciłam przed siebie telefonem, ślicznie trafiając w ścianę pod idealnym do rozpierdzielenia go kątem. Urządzenie rozsypało się na części. Klapka, bateria i karta wylądowały na podłodze z trzaskiem.
Nawet nie patrzyłam na to, czy spieprzyłam mojego ukochanego samsunga, na którego zapracowałam sobie jeszcze w Polsce, roznosząc ulotki. Opadłam bezsilnie twarzą w materac i zaczęłam płakać. Okropnym, nieopanowanym rykiem.


-Marcin-
Wiązałem buty na ławce przy boisku, patrząc się jak reszta chłopaków już się rozgrzewa. Udawałem, że śledzę ich ruchy, tak naprawdę będąc myślami kilometry stąd.
W tej małej miejscowości, w której ją spotkałem. Nie mogłem nadal się pozbyć wspomnień o niej, nie ważne co samemu sobie gadałem. Wmawiałem sobie wczoraj, że nic nie straciłem, przynajmniej spróbowałem, ale...
-Co tak siedzisz, kapitanie?
Uniosłem wzrok na Czarnowskiego, który z uśmiechem zbliżał się do mnie raźnym krokiem.
-Wiążę buty-odparłem.
-Zrobiłeś to już jakieś dwie minuty temu, kiedy tutaj wszedłem-zauważył, unosząc wysoko brwi.-Teraz siedzisz i patrzysz się jak zaczarowany na Kurka, jakbyś się zakochał.
Zdezorientowany spojrzałem na zawiązane adidasy. Rzeczywiście... Naprawdę jest ze mną aż tak źle...? Patryk usiadł koło mnie, przyglądając mi się z zaciekawieniem. Spojrzałem na niego, marszcząc czoło w niemym zapytaniu.
Dłuższą chwilę nie odpowiadał, jakby wahając się, czy coś mi powiedzieć. Wreszcie, podrapał się po karku i wydusił z siebie:
-Tęsknisz za Hanią...?
Zmarszczyłem brwi.
Hania...
Wbiłem oczy w podłogę, zastanawiając się nad jego pytaniem.
Ta dziewczyna tak bardzo zakręciła mi w głowie, że praktycznie zapomniałem o mojej byłej narzeczonej, z którą rozstałem się niecały miesiąc temu...
Co właściwie czułem? Tęskniłem, czy nie?
Westchnąłem głęboko i podniosłem się z ławki. Skierowałem się po piłkę do kosza stojącego niedaleko i zwróciłem się znów do przyjaciela.
-Nie wiem, Patyś-odrzekłem, zgodnie z prawdą.-Nie mam bladego pojęcia.


*
Dupa, dupa, dupaaaa! 
Nie podoba mi się ten rozdział. Jakiś taki bez emocji, bezduszny. Jak Ed Sheeran, jak rudy kumpel Harrego Pottera, jak rudy, tłusty kot mojej sąsiadki. Ale chociaż tyle jest. Ostatnio w ogóle myślałam, że przestanę to pisać, podobnie jak i drugiego bloga, bo miałam dużo ciężkich myśli, przeżywałam rozstanie z osobą która nawet nie wie, że się z nią rozstaję i... Taka sytuacja. Poza tym, z długich wakacji wróciła moja "dziewczyna", co doprowadza mnie do szaleństwa, jak już moje drogie czytelniczki zapewne wiecie, bo wam ryję banię 24/7. No i ogółem życie jest takie fajne, ale tylko jak mam Dzień Dziecka i słucham Reni Jusis :/ Nie wiem już co piszę, przestanę więc, chyba sobie fundnęłam ADHD bez własnej wiedzy YAY. Mam nadzieję że nie zwymiotowałyście i do przeczytania, może w ten magiczny dzień, w którym stanę się gimbusem, dodam coś jeszcze. 
Hejki naklejki 
-Jenny-








środa, 1 maja 2013

Rozdział 4


-Marcin- 

Był już dosyć późny wieczór. Zazwyczaj o tej godzinie już spałem, tak samo jak i wszyscy moi koledzy. Musieliśmy przecież wystarczająco dużo czasu poświęcać na sen, aby mieć siłę na treningach.
I tak oto, Czarnowski już dawno wpadł w objęcia morfeusza i chrapał w poduszkę, a ja leżałem, wpatrując się w sufit.
To do mnie niepodobne. Dużo rozmyślam, teraz jednak zacząłem łapać się na tym nawet na treningu. Przedtem skupiałem się tylko na grze, dziś rano moje myśli skupiały się na wszystkim, tylko nie na piłce.
Westchnąłem głęboko, kierując wzrok na raczej nieciekawy widok za balkonowymi drzwiami.
Zawsze mamy nieciekawy widok z okna. Nasze hotele są proste, nie ma w nich żadnych luksusów, ale nie jest też jakoś koszmarnie. Zwykle pokoje składają się z dwóch łóżek, kilku szafek, w których przetrzymujemy rzeczy, ewentualnie małego telewizorka.
Ten hotel był taki sam jak wszystkie inne. Jakiś malutki obrazeczek na ścianie był jedyną ozdobą w "apartamentach".
Życie siatkarza nie było łatwe, ale nie było też jakieś złe. Przyzwyczaiłem się do stałych podróży i skromnych warunków. Nie nad tym teraz się tak naprawdę zastanawiałem.
Sięgnąłem na szafkę nocną, w kierunku mojego telefonu. Nadal zero wiadomości. Zero odzewu...
Męczyłem się ciągle, że nie poprosiłem jej o numer. Wtedy to nie ja musiałbym się martwić o to, czy napisze. Trudno... Co się stało to się nie odstanie, chyba...
Znów westchnąłem nad moją wewnętrzną beznadzieją, zmieniając pozycję na mało wygodnym łóżku, które było trochę przykrótkie na moje rozmiary.
Chyba bić głową w ścianę nie będę? Przykre, nie zadzwoniła, nie dała żadnego znaku. Widocznie nie chce, może po prostu nie odwzajemnia tego, co ja do niej czuję.
Rani mnie to, ale przynajmniej spróbowałem. Niczego nie straciłem, niczego nie zyskałem. To, że boli, nie znaczy, że od razu umrę.




-Basia-

Minęły już dwie godziny odkąd Romeo i Julia opuścili Weronę, żeby sobie randkować. Nadal nie wracali. Powoli zaczynały mi się zamykać powieki, choć i tak wiedziałam, że nie zasnę.
Od zawsze miałam problemy ze snem. Już jako dzieciak, noc wykorzystywałam na rozmyślanie, nie spanie. No bo jaki głupek marnuje dwanaście godzin na sen? Na pewno nie ja!
Sama nie wiedziałam, co robić z tym nieszczęsnym numerem. Myślałam tak sobie nad tym, co za debil stworzył telefony komórkowe, gdy do pokoju weszła Ada.
-Co, przyjechali?-zdziwiłam się.-Nic nie słyszałam.
Pokręciła głową, zaprzeczając.
-Nie, nie przyjechali.
Usiadła obok mnie na łóżku, wzdychając głęboko. Spojrzałam na nią podejrzliwie.
-Coś się stało? Kurek cię rzucił?
Spiorunowała mnie wzrokiem na co uśmiechnęłam się szeroko. Podciągnęła kolana od brodę, przyjmując podobną pozycję do mojej i wbiła wzrok w przestrzeń. Wiedziałam, że zaraz zacznie gadać, siedziałam więc w ciszy, wyczekując na ten moment, w którym powie "No booo..." i wyrzuci z siebie , co ma do powiedzenia.
-No, bo...!-zaśmiałam się w duchu, kiedy zrobiła dokładnie to, co przewidywałam.-Marta i Winiarski poznali się w tym samym dniu, co ja i Bartek...
Zapauzowała na chwilę, czego nienawidziłam.
-Adaaaaaa! I co dalej?-pogoniłam ją.-Nie przerywaj w połowie zdania jak moja mama!
-No i on do niej przyjechał i gdzieś ją zabrał i w ogóle jest tak słodko i będą mieć tysiąc dzieci plus jeden, bo jeszcze Oliwier, a ja będę do końca życia sama bo Bartek nie wysłał mi smsa od porannego treningu!-kończąc monolog, ze złością schowała twarz w kolanach, obejmując je rękoma.
Westchnęłam głęboko i zdzieliłam ją w blond czuprynę.
-NO COOOO?!-wydała z siebie rozpaczliwe zapytanie.
-Żygadło-odparłam.-Nie gadaj głupot. Bartek dopiero cię poznał i potrzebuje czasu. Ludzie są różni, nie porównuj go do Winiarskiego. Wy też będziecie mieć pierwszą randkę, a później tysiąc dzieci. Zobaczysz. Daj mu tylko parę chwil na przemyślenie tego i owego. Przecież niedawno zerwał ze swoją dotychczasową dziewczyną, prawda?
Adriana spojrzała na mnie z zamyśleniem, analizując to, co właśnie powiedziałam.
-Może i masz rację... Postaram się dać mu trochę czasu-rzekła, wzdychając głęboko.
Zapadło na chwilę milczenie. Obie wpatrywałyśmy się w ścianę naprzeciwko, jakby było coś na niej zapisane.
-A ja umrę samotnie...-oznajmiłam nagle ze smutkiem.
-Co? Czemu?
Przewróciłam oczami, sięgając do kieszeni po telefon. Zaczęłam bawić się nim, przerzucając go z dłoni na dłoń.
-No, bo.. Boję się do niego napisać-wyznałam.
-Basiaaaa!-oburzyła się.
-NO COOO?!-zmarszczyłam lekko czoło, bo przypomniałam sobie, że dokładnie to samo powiedziała ona, gdy rozmawiałyśmy o Kurku. Czy każde nasze rozmowy wyglądają tak samo..?
-Zatino-wykazała się oryginalnością.-Dlaczego sie boisz?
-Bo jestem wstydziochem!-przytuliłam kolana do siebie jeszcze mocniej w akcie frustracji -Poza tym, moje uczucia są puszczalskie. Wystarczy, że jakiś słodki facet na mnie spojrzy a ja już w nim jestem zauroczona! Skąd mam wiedzieć, że to nie jest tak jak zawsze, że przez kilka tygodni czy tam miesięcy będę wyć, że jestem zakochana, a później popatrzy na mnie jakiś inny i mi przejdzie?! A jak będzie jeszcze gorzej i będę zakochana w Możdżonku, przyjdzie kilku innych co się na mnie popatrzą i znowu będę "grać na kilka frontów"?!
-A skąd wiesz, że tak będzie?! A może będziecie mieć piędziesięcioraczki, domek w Kędzierzynie, dziesięć kotów i dwa psy?! Jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz!
Otworzyłam już usta, aby coś powiedzieć, ale zrezygnowana, zamknęłam je. Zabrakło mi argumentów. Może to prawda..?
Zacisnęłam usta w zamyśleniu.
Ada ma chyba rację. Nawet, jeśli coś nam nie pyknie, powyję sobie kilka lat i mi przejdzie. Chyba od tego nie zginę, nie?
-Dziękuję-przytuliłam ją do siebie.-Kocham cię, wiesz?
-Wiem. Ja ciebie też.
Trwałyśmy tak chwilę w objęciach, do momentu, aż usłyszałyśmy odgłos kół hamujących na kocich łbach pod oknem budynku. Spojrzałyśmy po sobie z ekscytacją i zerwałyśmy się z łóżka, kierując do kawiarni.



-Marta-

Taksówka zatrzymała się. Spojrzałam niechętnie na dobrze znaną mi kamienicę. Nie chcę jeszcze tam wracać!
Popatrzyłam na siedzącego obok mnie Michała. On również wyglądał na zasmuconego pożegnaniem. Patrzył się na mnie tymi swoimi niebieskimi oczami, nie puszczając ani na chwilę mojej dłoni.
-Ja, no wiesz..-wydusiłam z siebie, nie wiedząc co powiedzieć.-Fajnie było.
O wiele lepiej niż fajnie!
Pojechaliśmy razem do jakiejś restauracji, zjedliśmy kolację, prowadząc rozmowę podczas której uśmiałam się jak nigdy, później spacerowaliśmy razem po pięknych, włoskich uliczkach oświetlonych nocnymi latarniami... Opowiedział mi nieco o swojej pracy, kolegach, a ja jemu o tym, jak trafiłam do Włoch, o moich planach na przyszłość... Później musieliśmy zabrać się w drogę powrotną, bo mijał czas, a on musiał przecież wrócić do hotelu o w miarę przyzwoitej godzinie, żeby wyspać się przed treningiem.
-Cieszę się, że ci się podobało-uśmiechnął się słodko.-Powtórzymy to kiedyś, prawda?
-Pewnie-odpowiedziałam bez wahania.
Na chwilkę zapadła cisza. Kierowca spoglądał na nas niecierpliwie, zerkając co chwilę lusterko. Westchnęłam głęboko.
-Do zobaczenia-ucałowałam go w policzek i wysiadłam z pojazdu.


*
Deszczowy długi weekend robi swoje ;) Zresztą, nawet gdyby nie był deszczowy, i tak miałabym nołlajfa i, i tak z nudów bym pisała. 
Piosenką przewodnią miało być "Miss You" Eda Sheerana, później zmieniłam to na "Lego House", również Eda Sheerana, a teraz stwierdziłam jednak, że najbardziej pasuje mi piosenka Pink - "Try". I w ten sposób, znowu ją zmieniam, no ale co, przecież mimo wszystko kobietą jestem, mogę tysiąc razy zmieniać zdanie?!
Pozdrawiam ;P
-Jenny-


wtorek, 30 kwietnia 2013

Rozdział 3


-Marcin- 

Wstyd przyznać. Całą drogę do hotelu po powrocie z porannego treningu, sprawdzałem czy nie mam nowych wiadomości lub nieodebranych połączeń. Oczywiście Krzysiu, jako wierny obserwator wszystkiego co się rusza bądź też nie, zauważył to i zapytał z przekąsem:
-Co, dziewczyna nie odpisuje?
Odpowiedziałem mu nieco wymownym spojrzeniem, na co zaśmiał się głośno.
-Nie martw się, ja też miałem z tym problemy-wtrącił z dumą siedzący nieopodal Jarosz.-Nie chciała wyjść na kawę, a teraz popatrz-pomachał w powietrzu obrączką zdjętą z palca.
-Nie chwal się, bo ci to zabiorę-wymruczał znad jakiejś gazety Bartek, z którym dzielił siedzenie.
-Jezuu no, ty zawsze musisz się mnie czepić...
Pokręciłem z rozbawieniem głową. Ech, ci moi koledzy...
Spojrzałem raz jeszcze na wyświetlacz, ze smutkiem stwierdzając, że nic nadal się nie pojawiło.
Westchnąłem ze zrezygnowaniem i sięgnąłem po książkę.
No, trudno... Jestem dużym facetem, płakać nie będę.




-Basia-

Gryzłam się sama ze sobą od popołudnia, czy napisać, czy nie. Zadzwonić, czy też odczekać jeszcze trochę. No bo, nie stwierdzi, że jestem nachalna? Minął dopiero jeden dzień odkąd się spotkaliśmy, a Barney Stinson mówi, że trzeba odczekać trzy dni, jak Jezus na respawn. Kurde! Za dużo seriali. Zdecydowanie za dużo.
Napisałam wiadomość. Przewracałam się z boku na bok na moim malutkim, mało wygodnym łóżku, zastanawiając się, czy wysłać ją czy nie. Kiedy już prawie ją wysłałam, cofałam palec z przycisku, powtarzałam to tysiąc razy i ostatecznie nadal nic nie robiłam.
Jezus no, kobieto! Zdecyduj się.
Wyślij, albo nie! Męska decyzja, teraz, teraz, nał. Wszyscy czekają, napięcie rośnie, dawaj, dawaj, dawaj.
Wzięłam głęboki oddech. Skierowałam kciuk w stronę ikonki wysyłania...
-Baasiaaaaa!
Drzwi otworzyły się gwałtownie, a za nimi wpadła Ada. Westchnęłam głęboko, zirytowana, że przerwała mi moją męską decyzję. Przewróciłam się na plecy, tak, żeby ją widzieć. Spojrzałam na nią ze znużeniem i uniosłam pytająco brwi. Podbiegła do mnie i złapała mnie za ręce, po czym brutalnie postawiła do pionu. Jęknęłam przeciągle, zawiedziona, że kazała mi podnieść gnaty.
-Coś się dzieje! Chodź, z kawiarni widać!



Ziewnęłam głośno, wlokąc się za podekscytowaną Adą. Zeszłyśmy po schodach na dół, po czym, przyjaciółka zaciągnęła mnie do okna.
-Tutaj, tutaj, taksówka!-wskazała palcem na pojazd stojący naprzeciwko, pod kamienicą, w której mieszkała rodzina Marty.-Nie widzisz?!
-Tak, Adusiu, nie widzę wściekle żółtej taksówki stojącej tuż przed moimi oczami-prychnęłam, nadal wkurzona, że przez nią nie zdecydowałam się na wysłanie pierwszej wiadomości.-Co w związku z tym, że tutaj jest?
-No, ty tego nie rozumiesz?! Ktoś przyjechał!
Uniosłam wysoko brwi, patrząc na nią nieco jak na upośledzone dziecko.
-No... To chyba normalne, od tego są samochody?
-NO ALE NIE O TO CHODZI! PATRZ!-złapała mnie za ramiona i przycisnęła do szyby.
-Porąbało cię, cycki mi...!-zaczęłam, po czym przerwałam, otwierając buzię ze zdziwienia.-O ja cię pindole...
Ja poproszę Colę.
O ja cię... A ja chcę Nervosol.
Wysoka sylwetka Marty pojawiła się przed budynkiem. Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, na widok jeszcze wyższej (jakieś 20 cm wyższej) sylwetki o ciemnych, długawych włosach. Podeszła do niej niebezpiecznie blisko, a my obie zaczęłyśmy piszczeć, zaciskając kciuki, aby zdarzyło się to, o czym obie myślałyśmy.
-KISS, KISS, KISS!-wyszeptałam, praktycznie przyklejając się do szyby.
Winiarski pochylił się do brunetki, ona podniosła się lekko na palcach, i....
-NOJEEEEZU, TYLKO W POLICZEK?!-wrzasnęłam zawiedziona.
Dwie sekundy i było po wszystkim. Otworzył jej drzwi, aby pierwsza weszła do taksówki, po czym sam skierował się na drugą stronę pojazdu. Rzuciłam się w stronę drzwi, ale blondynka mnie zatrzymała, łapiąc mój nadgarstek.
-No co ty?! Porąbało cię?!-zganiła mnie.-Chcesz im zniszczyć romantyczny wieczór? Nie teraz! Oberwiemy jej jaja, jak już wróci!
-No, tak, w sumie racja-przyznałam, wracając na miejsce obserwatora (czytaj: kucnęłam z powrotem przy parapecie, obserwując sytuację spomiędzy liści jakiegoś zioła, które postawiła tu menadżerka).-Nie pomyślałam, dzięki.
Michał zasiadł na tylnym siedzeniu obok Marty i samochód odjechał. Dłuższą chwilę kucałyśmy tam jeszcze, w całkowitej ciszy, oglądając się za taksówką.




Czekając, aż Marta wróci z randkowania z Winiarskim, rozdzieliłyśmy się. Ja wróciłam do swojej kanciapki porozmyślać nad sensem mojego życia, a Ada poszła do siebie.
Westchnęłam głęboko, siadając jak zwykle w kącie łóżka, plecami przywierając do chłodnej ściany. Miałam stąd idealną pozycję, aby rozmyślać, obserwując praktycznie wcale nie zmieniający się widok z okna. Czasami przeszedł jakiś człowiek, czasami przez drogę przebiegł bezdomny kot.
Właśnie, kot...
Zerknęłam na kocisko, które rozłożyło się całym swoim wielkim, futrzastym dupskiem na mojej poduszce.
Ten oto wyżej wymieniony, wredny osobnik rasy bliżej nieokreślonej, był kiedyś tak samo bezdomny jak i jego kolesie, którzy teraz ganiali za sobą pod moim oknem. Kiedy tutaj przyjechałam, był w kocim gangu -trzymał się w grupie z kilkoma innymi kotami- który był dokarmiany przez ciocię Mariolę. Jego gangsta ziomale trzymali się z daleka nawet od osoby, która dawała im jedzenie i za nic nie chcieli dać się oswoić, ale on dawał się głaskać, czasami nawet się do mnie łasił. Codziennie chodziłam z ciocią, aby je karmić i powoli zaczęłam się do niego przywiązywać, aż w końcu, wylądował tutaj, stając się oficjalnym lokatorem tego lokalu. Przez pierwsze dni po przygarnięciu był pewnego rodzaju maskotą kawiarni, latał między stolikami i dawał się głaskać klientom, którzy zachwyceni jego słodkim mruczeniem nie narzekali na jego obecność. Ale później się zestarzał i rzadko kiedy w ogóle pozwalał się dotykać.
Podobnie było teraz. Obudziłam go brutalnie, biorąc na ręce i usadawiając sobie na kolanach. Z przyćpaną miną spojrzał na mnie nienawistnym wzrokiem.
-Co, szatnie? Może jeszcze mnie zjesz?-mruknęłam, zirytowana. Na co mi kocur, który nie pozwoli się nawet wziąć na ręce?
Jakby w odpowiedzi, rzucił się na moje przedramię i wbił się w nie zębami. Syknęłam z bólu i odciągnęłam go ode mnie.
-A idź, cholero!-fuknęłam.-Nawet ty mnie nie kochasz!
Ze złośliwą demonstracją swojej wygranej, dumnym krokiem wrócił na poduszkę, po czym z gracją podniósł nogę i zaczął ją myć. Prychnęłam jeszcze, wkurzona i spojrzałam z powrotem za okno.
Nawet on...
Westchnęłam głęboko i podciągnęłam kolana pod brodę.
Nawet ten głupi kot.


*
Jest wreszcie nowy rozdział, na którego napisanie zbierałam się wieki... No ale cóż, tak to jest czasami. Zakończenie tak samo beznadziejne jak i mój aktualny stan, poniekąd, główna bohaterka jest ulepszoną wersją mnie, więc mamy podobne problemy.
Hm, także... Mam nadzieję, że się podoba i przepraszam, że tak długo niczego nie dodawałam. ;P
-Jenny-

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Rozdział 2


-Marcin-
Niechętnie wsiadłem do autokaru. Muszę przyznać, że polubiłem tę kelnerkę. Zresztą, gdybym jej nie lubił, chyba nie podałbym jej mojego numeru, prawda? Wyglądała na dosyć inteligentną, miałem więc nadzieję, że zachowa go tylko dla siebie.
Usiadłem w tylnym rzędzie, zajmując od razu dwa miejsca. Zawsze uważałem, że mój wzrost jest moim największym atutem, jednak, wyjątkowo niepraktycznym, kiedy przychodziło do, przykładowo, podróży w autobusie.
Nim zdążyłem mrugnąć, już zobaczyłem przed sobą Igłę z włączoną kamerą, skierowaną prosto na mnie.
-Jest, jest i nasz kapitan-rozpoczął swoje wspaniałe komentowanie, z pełnym entuzjazmem w głosie.-Powiedz, Marcinie, jak ci minął pobyt w kawiarni?
Westchnąłem dyskretnie, jednak uśmiechnąłem się lekko i zwróciłem się do obiektywu.
-Wybornie-odparłem tylko.
-A dlaczego siedziałeś w środku, nie na zewnątrz, jak reszta?-zaciekawił się siedzący pod drugim oknem Zbyszek z głupim uśmiechem.
Więc zauważyli jak rozmawiałem z tą dziewczyną? Uniosłem tylko brwi, nie wiedząc co właściwie odpowiedzieć. Nie przesadzali trochę? W końcu, moje życie, to moje życie, moja sprawa, nic im do tego, a z całym szacunkiem, tym bardziej kibicom.
-Bo w środku lepsze widoki-odpowiedział za mnie Krzysiek.
Wybuchnęli śmiechem, a ja pokręciłem z rozbawieniem głową.
-Oj, Krzysiu, Krzysiu-rzuciłem, po czym wyciągnąłem z torby jakąś książkę i pogrążyłem się w lekturze, wiedząc, że jeśli zignoruję Ignaczaka, po prostu zajmie się kimś innym.





-Basia-
Na następny dzień byłam cała w skowronkach, jeśli można to tak ująć. Byłam tak bardzo szczęśliwa, że uśmiech nie złaził mi w ogóle z twarzy.
Po obsłużeniu porannych klientów, usiadłam przy barze, wzdychając wesoło. Marta, stojąca przy ekspresie do kawy spojrzała na mnie z zainteresowaniem.
-Coś się stało?-uniosła lekko brwi.
-Jeszcze się pytasz?-przyłączyła się do nas Ada, która skończyła właśnie robić jakieś porządki w kuchni razem z ciocią.-Zakochała się!
Zaśmiałam się głupkowato, zawstydzona.
-Jezus, Adaa!-schowałam twarz w dłoniach. -Nieprawda!
-Zakochana paaara, Możdżon i Barbaaara-wymruczała, niby cicho, żebym jej nie usłyszała, siadając obok.
-Barbara się ubiera, a Możdżon ją rozbiera-dokończyłam.
Spojrzały na mnie zdziwione, a ja wybuchnęłam histerycznym śmiechem.
-AAAAAAAA, Co się ze mną dzieje?!-wykrzyknęłam w rozpaczy.
Położyłam twarz na ladzie, przygniatając sobie nos. Jęknęłam i otarłam obolałą kość. Musiało to dosyć żałośnie wyglądać, ale moje przyjaciółki nie zwróciły nawet na to uwagi. Chyba już się przyzwyczaiły do moich dziwactw.
Tymczasem, odezwał się telefon Ady. Z dziwnym pośpiechem wyjęła go z kieszeni fartuszka i odczytała wiadomość. Zaśmiała się do smsa i zaczęła pisać odpowiedź.
Spojrzałyśmy po sobie z Martą, obie unosząc lekko brwi. Wyciągnęłam szyję, próbując dojrzeć, co pisze. Zauważając to, szybko zasłoniła dłonią wyświetlacz.
-Kto to?-zapytałam.
-Nie ważne-wzruszyła ramionami blondynka, odwracając wzrok.
-Kto?-Marta pochyliła się do niej bliżej.
-Żygadło!-odparła z przekąsem.
Przyjrzałam jej się bliżej. Cała się rumieniła, miała bardziej niż zazwyczaj roześmiane oczy. O jasna cholera!
-ADA MA LOOOWERAA!-wrzasnęłam, zrywając się z miejsca. Rzuciłam się na nią i zaczęłam nią trząść.-Kto, kto, kto?!
Brunetka dołączyła się do mnie i obie napastowałyśmy biedną Adę, która zaatakowana nie wiedziała jak się obronić.
-Nikt! Nie mam lowera, zostawcie mnie!
Wyrwała się, ale nim zdążyła nam uciec, złapałam jej komórkę i szybko ją przechwyciłam.
Włączyłam skrzynkę odbiorczą.
-Bartek?-zaciekawiłam się.
-Tak, mój brat, zostaw!-chciała już na mnie naskoczyć i zabrać mi telefon, ale zrobiłam unik.
-Twój brat ma dziesięć lat i teraz pewnie uczy się jak pisać literki z panią Marzenką-zauważyła Marta.
Otworzyłam wiadomość.
"Myślałem o Tobie przez cały trening. Trudno mi się było skupić, ciągle wracają do mnie Twoje piękne oczy.. ;)"
Zmarszczyłam brwi. Hmhmhh... Trening?
Bartek, który miał trening?
Bartek, trening... Trening, leming, Aleksander Fleming...
Jaki Bartek mógł mieć trening... Bartek?
Bartosz?
Może jakiś Bartłomiej? Znam jakiegoś Bartłomieja, który treninguje..?
-OJAPIERDOLE! KRĘCISZ Z KURKIEM?!-wrzasnęłam, doznając olśnienia
Adriana zrobiła się cała czerwona, co tylko mnie w tym utwierdziło.
-Ale przecież on ma dziewczynę!-zdziwiła się Marta.-Tą nauczycielkę, starszą od niego!
-Już nie, zerwali ze sobą-oznajmiła.
W tym momencie, odezwał się również i telefon Marty.
-NO JAPIERDOLE! TY TEŻ? I NIC MI NIE POWIEDZIAŁAŚ?!-wybuchnęłam.
Brunetka popatrzyła na mnie zdezorientowanym wzrokiem.
-Ee... Nie.. To od mojej mamy..-zamrugała kilka razy, robiąc przy tym wielkie, nieco zaskoczone moim zachowaniem oczy.
-Aha... Wybacz.. Myślałam, że ty też coś przede mną ukrywasz, tak samo jak ta niewdzięczna szatanica!-podkreśliłam wyraźnie dwa ostatnie wyrazy, patrząc na Adę nienawistnym wzrokiem.
-No Bożee, przepraszam! Wiem, powinnam ci powiedzieć, bla, bla, no ale sama wiesz, jak to jest!
-Nieee?! Nie wiem?! Ja mówię ci wszystko, od podstawówki! Nic jeszcze przed tobą nigdy nie zataiłam! A ty, niewdzięczna, jak mi się odpłacasz?! SEKRETY, TAJEMNICE, MOŻE JESZCZE MASZ Z NIM DZIECKO I MI O TYM NIE POWIEDZIAŁAŚ?!
-Nie, co ty gadasz?!
-FOCH!-odwróciłam się na pięcie i chciałam już udać się na górę, ale dogoniła mnie i zatrzymała.
-Ej no, Baśka! Posłuchaj mnie!-złapała mnie za ramię.
-NIE!-przysłoniłam demonstralnie uszy i zaczęłam się wydzierać, aby zagłuszyć jej słowa.-SEKTA, SEKTA, SEKTA, SEKTA, SZATANICA, GRZESZNICA, ZŁAMANE PRZYKAZANIA, MOJŻESZ ROBI BIBĘ NA SYNAJU, BLEBLEBLEEE!
Skierowałam się do swojego apartamentu, powtarzając egzorcyzmy, a ona szła za mną, próbując opuścić moje ręce, abym jej posłuchała.


-Marta-
Z lekkim zdezorientowaniem oglądałam tą jakże ujmującą scenę, aż do chwili, gdy usłyszałam, jak zatrzaskują się za nimi drzwi na piętrze. Westchnęłam głęboko i sięgnęłam z powrotem po telefon.
Na szczęście, Basia uwierzyła, że to mama do mnie napisała. Gdyby dowiedziały się, że to ktoś inny, a ja im o nim nie powiedziałam, chyba by mnie zjadły...
Uśmiechnęłam się, odczytując wiadomość od Michała.
"Będę miał trochę czasu po popołudniowym treningu. Może uda mi się ubłagać trenera i do Ciebie przyjadę taryfą. Pojedziemy gdzieś na kolację. Co ty na to?"
Wystukałam szybko odpowiedź.
"Pewnie. Powiedz tylko o której, będę musiała zwolnić się u szefowej."
Nim się obejrzałam, przyszedł drugi sms.
"O dwudziestej. Jesteśmy umówieni?"
"Ok. Będę czekać. Miłego treningu, niebieskooki ;))"
Kliknęłam "Wyślij" i szybko schowałam komórkę do kieszeni. Dziewczyny już zbiegały ze schodów, wrzeszcząc coś o fokach i jakiejś Kasi, a następnie o Kurku.

*
Joł :D 
Więc... Jest i drugi rozdział. Wprowadziłam dwie nowy perspektywy, Możdżona w autobusie i spiskującą z Winiarskim Martę. Mam nadzieję, że się podobało. :) 
W zakładkach dodałam też piosenkę przewodnią. Ed Sheeran - Lego House. Na początku miało to być "Miss you", tego samego wykonawcy, ale stwierdziłam, że jednak bardziej mi to pierwsze pasuje ;) 
Następny post już wkrótce, dostałam weny. 
Pozdrawiam 
-Jenny-
Haha, teraz zauważyłam jak mi się śmiesznie zrymowało. "Dostałam weny, pozdrawiam, Jenny". Leżę i nie wstaję. 
Jeśli to czytacie, nigdy nie uzależniajcie się od kofeiny. Serio. To źle działa na ludzi. Spójrzcie tylko na mnie. 

sobota, 6 kwietnia 2013

Rodział 1



Oprócz siatkarzy, mieliśmy też zwyczajnych klientów, których także trzeba było obsłużyć. Na szczęście, reprezentacja zajęła stoliki, które były w strefie Marty i Ady, więc ja mogłam w miarę spokojnie, choć trochę sztywno (ciągle miałam wrażenie, że zaraz któryś z polaków na mnie spojrzy), przyjmować zamówienia od miejscowych.
Obsłużyłam wszystkie stoliki, prócz jednego. Skierowałam się w jego stronę, nawet nie zwracając uwagi na to, kto przy nim siedzi.
-Dzień dobry, co podać?-wypowiedziałam po włosku formułkę, nie podnosząc nawet wzroku znad mojego notesiku.
-Espresso, poproszę-usłyszałam polską odpowiedź.
Zaskoczona, popatrzyłam na źródło wypowiedzi.
Oooo, japierdole...
Nawet, kiedy przy nim stałam, a on siedział, był ode mnie wyższy może o kilka centymetrów.
Uśmiechał się do mnie serdecznie, rozbawiony moją rozdziawioną miną. Jezu, Jezu, Jezu, umrę..! Marcin Możdżonek! Poczułam, jak się rumienię.
-Yyy, ee, coś do tego?-wybąkałam, starając się nie wybuchnąć histerycznym wrzaskiem.
Zaśmiał się, szczerym, donośnym śmiechem. Nieco mnie to rozluźniło, nadal jednak stałam prosto, jakbym kija połknęła, wpatrując się w niego jak malutkie, katolickie dziecko w obraz matki boskiej częstochowskiej.
-Nie, to wszystko-odpowiedział, po czym, zmarszczył brwi i dodał.-Chociaż... Chciałbym o coś panią zapytać.
Mnie? Zapytać? Kij urósł do rozmiarów wieżowca, a moje oczy rozszerzyły się w zdziwieniu.
-Tttaak?-spytałam nieco (wykurdziście bardzo) drżącym głosem.
-Co robi pani tutaj, we Włoszech? W końcu jest pani polką, prawda?
Wzruszyłam ramionami troszkę (bardzo, w cholerę) sztywno.
-Cóż, to długa historia. I bardzo nudna.
Uśmiechnął się do mnie ponownie i stwierdził:
-Chętnie wysłucham. W końcu i tak nie mam zbyt wiele do zrobienia, prawda? Pozwiedzałbym, ale nie znam tego miasta.





Na początku rozmowy byłam bardzo spięta, ale z czasem czułam się w towarzystwie potężnego siatkarza coraz bardziej pewna. Okazało się, że był bardzo miłym człowiekiem, z dobrym poczuciem humoru.
Opowiedziałam mu historię o tym, jak przeprowadziłam się do Włoch z Polski, aby zarobić na studia. Jak praktycznie przygarnięta przez ciotkę mojej przyjaciółki, zaczęłam pracować w jej kawiarni.
On natomiast opowiedział mi, jak rozpoczął swoją przygodę z siatkówką. Zawsze interesował się sportem, a poza tym, urósł bardzo wysoki, co przesądziło o tym, by wybrać karierę siatkarza. Opowiedział mi o swoich wzlotach i upadkach, o tym, jak to jest być w polskiej kadrze.
Rozmawialiśmy tak, patrzyłam w jego szaroniebieskie oczy, a uśmiech nie złaził mi z twarzy ani na chwilę, aż do momentu, gdy usłyszałam za sobą krzyk menadżerki.
-BASIA! Co ty robisz?! Nowi klienci przyszli, a ty siedzisz i urządzasz sobie pogawędki!
Zaskoczona, aż podskoczyłam na krześle. Zerwałam się z niego i racząc mężczyznę przepraszającym wzrokiem, podeszłam pośpiesznie do menadżerki.
-Przepraszam, zagapiłam się na chwilę...
-Na chwilę?! Od piętnastu minut urządzasz sobie randkowanie, masz szczęście, że w tym czasie nie zebrało się więcej osób, bo nie miałby kto ich obsłużyć! Wiesz, że cię lubię, ale...
-Wybaczy pani, że przerwę? To moja wina.
Odwróciłam głowę. Wielki, dokładnie dwa metry dwanaście na sto cztery kilogramy wagi mężczyzna, z którym przed chwilą "randkowałam", stanął przy mnie.
Kiedy patrzyło się na niego od dołu, na tę jego brodę, był jeszcze straszniejszy niż kiedy nasze głowy znajdowały się na mniej więcej tym samym poziomie.
Wzdrygnęłam się z przerażeniem i spojrzałam na jego wielkie łapska. Gdyby chciał mnie uderzyć, najprawdopodobniej wylądowałabym w kosmosie. Na jakimś Merkurym, czy coś. Chociaż nie. Gdzie jest Merkury, bo zapomniałam..? Daleko od Ziemi...? Zmarszczyłam brwi, wpadając w zamyślenie. Pi razy drzwi, jeden pod kreską, uderzenie laską, dwa kamienie są pod maską...?
Wybudził mnie z rozmyśleń głos Możdżonka.
-Ukradłem pani na chwilę kelnerkę, przepraszam. Myślę, że odpowiednią rekompensatą będzie, jeśli zamówię u pani kawę dla naszego składu i sztabu?-tutaj wskazał kciukiem na kolegów, siedzących przed lokalem.-Te słonie piją więcej kawy niż Bugatti benzyny w mieście.
Menadżerka spojrzała na niego z uradowanym błyskiem w oku, po czym uśmiechnęła się.
-Uznam to więc za "tak".
Wyszedł więc na zewnątrz i wydarł się:
-Chłopaki! Stawiam wam wszystkim kawę! Bierzcie co chcecie!
Uradowany okrzyk wydał się z ponad piętnastu męskich gardzieli. Siatkarze zaczęli schodzić się do środka, aby złożyć zamówienia. Miejscowi klienci patrzyli na nich z lekkim przestrachem, bo większość z polaków była nawet dwa razy wyższa od nich.
Ciocia Ady natomiast była w siódmym niebie. I jej się nie dziwię. Mieszkałyśmy w małym miasteczku, kawiarnia niewiele zarabiała. Piętnaście zamówień - nie wliczając do tego sztabu, który też zamawiał  - to więcej niż przez cały dzień zbierze. Doliczając teraz to, co zamówili siatkarze już wcześniej, wyjdzie majątek.
Chciałam podejść do Marcina i mu podziękować, ale menadżerka złapała mnie za ramię.
-Gdzie idziesz, kochanie? Chodź, musimy przyjąć zamówienia!-powiedziała radośnie, zaciągając mnie za ladę.


Kiedy wreszcie wszystkich obsłużyłyśmy, opadłam zmęczona na stołek przy barze.
-Jezus, chyba nigdy w życiu się tak nie urobiłam-wyjęczałam, kładąc głowę na chłodnej ladzie, którą przed chwilą starłam.
-Ale za to kasiora będzie. Może wreszcie uda mi się uzbierać na skórę do pływania-Ada usiadła obok mnie i oparła podbródek na ręce.-No i ciocia będzie mniej zrzędzić, że się obijamy.
Marta zachichotała głośno i do nas dołączyła.
-No, chyba raczej, że Basia się obija.
Podniosłam na nią nienawistny wzrok.
-Spadaj, robię co mogę!-prychnęłam.
-"Robię co mogę", czyli całymi dniami siedzisz i bujasz w obłokach?-wtrąciła Ada.
-Eeej, no, weźcie!
Roześmiałyśmy się wszystkie trzy. Ada zaczęła opowiadać jakiś kawał, który ostatnio przeczytała w internecie, i gdyby nie dzwoneczek umiejscowiony przy wejściu, pewnie nawet bym nie zauważyła, że drzwi się otworzyły.
-Przepraszam, mogę wam ukraść koleżankę?
Zwróciłyśmy głowę w stronę przybyłego. Uśmiechnął się do mnie serdecznie, na co odpowiedziałam mu dorodnym, krwistym burakiem.
Marta z Adą popatrzyły na mnie ze zdziwieniem. W odpowiedzi wzruszyłam tylko ramionami, nie wiedząc jak się zachować.
-A proszę, proszę. I tak z niej większego pożytku nie ma-rzekła się ta wyższa z uśmiechem, za co zdzieliłam ją po łapsku szmatką.


Wyszłam z mężczyzną przed kawiarnię. Ojcowie moich przyjaciółek poinstruowali kierowcę, jak wyjechać z powrotem na autostradę, dlatego reszta siatkarzy siedziała już w autobusie, powoli zbierając się do ponownego wyruszenia w drogę.
Usiedliśmy przy jednym ze stolików. Od razu wyrzuciłam z siebie podziękowania, których wcześniej nie byłam w stanie mu złożyć.
-Nawet nie wiem, jak ci dziękować, gdyby nie ty, menadżerka by mnie zjadła..-zaczęłam.
Przerwał mi, śmiejąc się.
-Nie bardzo miałaby czym się najeść-zauważył, na co zmarszczyłam groźnie brwi.-Nie musisz mi dziękować-dodał już nieco poważniej.-Ale jest coś, czym mogłabyś mi się odwdzięczyć.
-Co to takiego?-zapytałam.
Wyciągnął z kieszeni małą kartkę, złożoną na cztery części i włożył mi ją do dłoni.
-Weź to.
Spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
-Co to takiego?
-Dowiesz się, jak przeczytasz-odparł tajemniczo.
W drzwiach autobusu stanął trener Anastasi. Wykonał gest, pokazując siatkarzowi, że już wyjeżdżają. Mężczyzna podniósł się.
-Miło było cię poznać-uśmiechnął się szeroko.
Wsiadając do autokaru, pomachał mi jeszcze, po czym zniknął w środku, a ja, pozostawiona sama przy stoliku, patrzyłam zawiedziona, jak autobus wyjeżdża na wstecznym, powoli się oddalając.



Siatkarze wyjechali, dziękując ojcom Ady i Marty za pomoc. Zrobiło się cicho i nudno, tak jak zazwyczaj.
Słońce nadal świeciło, kilkoro klientów siedziało w kawiarni, ptaki siadające na parapecie okna w moim jakże zacnym apartamencie będącym kanciapą znajdującą się na piętrze budynku lokalu ćwierkały... Wszystko wróciło do normy. Nic się nie zmieniło.
No, oprócz jednego.
-Ooooooooo jaaaaaaaa! Jaaaaaa pierdolleeeeeeee!-wrzasnęłam.
Moje przyjaciółki, które były na dole, usłyszały mój krzyk i przybiegły do mnie.
-CO SIĘ STAŁO? UMARŁAŚ?!-blondynka wpadła jako pierwsza do pokoju, wciągając za sobą brunetkę.
-CZY GDYBYM UMARŁA, WYDZIERAŁABYM SIĘ NA PÓŁ KRAJU?!-uderzyłam otwartą dłonią w czoło.-ŻYJĘ, CHOLERA JASNA, ŻYJĘ!
Marta spojrzała na mnie zdziwiona.
-To co się w takim razie stało?
Nie odpowiedziałam. Wyciągnęłam tylko w ich stronę rękę, w której trzymałam małą karteczkę, wyraźnie powyginaną przez to, że ktoś złożył ją wcześniej na cztery części.
Adriana odebrała ją ode mnie i przeczytała na głos:
-666 666 666... Napisz albo zadzwoń. Średnik shift zero.. Marcin.
Obie zmarszczyły brwi, spoglądając na mnie podejrzliwie.
-Marcin? Jaki Marcin?
Wydałam z siebie okrzyk rozpaczy, niemal wyrywając sobie włosy z głowy w rozpaczy nad powolnym rozumowaniem moich współpracownic.
-Żwirełło! Pomyślcie czasem, no! Inteligentne jesteście! MOŻDŻONEK, CHOLERA, MOŻDŻONEK! WIERZYCIE W TO?


*
Badumcssst! 
Dzień dobry. Mamy więc pierwszy rozdział. Mam nadzieję, że się podoba. 
Cóż więcej mogę rzec...? 
Następny rozdział nie wiem kiedy. Jak napiszę. :) 
-Jenny-





piątek, 5 kwietnia 2013

Rozdział "wprowadzający"


Był piękny, leniwy poranek. Do otwarcia kawiarni zostało jeszcze pół godziny, więc się nie śpieszyłam. Usiadłam przy jednym ze stolików przed lokalem i zakładając nogę na nogę, wystawiłam twarz na słońce.
Westchnęłam błogo.
Piękna, piękna Italia... Wciągnęłam do płuc świeże, chłodne powietrze. Czy jest coś lepszego od tej ciszy, przerywanej jedynie zagłuszonymi głosami rozmawiających gdzieś w głębi miasteczka włochów, ćwierkaniem ptaków, i....
-BASIA, ZNOWU SIĘ OBIJASZ?!-zerwałam się z miejsca, słysząc krzyk menadżerki.
Pośpiesznie wyjęłam z kieszeni czerwonego fartuszka szmatkę, zaczęłam ścierać nią stolik i udałam zdziwioną, kiedy wysoka kobieta stanęła w progu kawiarni, trzymając się pod boki z oburzeniem.
-Ach, jednak nie-mruknęła z zadowoleniem, poprawiając opadający na twarz kosmyk blond włosów.-Przepraszam, myślałam, że znowu zbijasz bąki.
-Zależy jakie, ciociu-obok niej pojawiła się niewiele niższa dziewczyna o długich, kręconych jak u owcy włosach, w tym samym kolorze co włosy jej ciotki.-Jeśli chodzi ci o Bąkiewicza, to nieraz pewnie "zbija" go w myślach.
Parsknęłam śmiechem.
-Jezus, Adaa!
Ada uśmiechnęła się, unosząc lekko do góry brwi. Oparła się o framugę wejścia.
-Zdecyduj się. Jezus albo Ada, nie oba naraz-rzekła inteligentnie.
Skrzyżowałam ręce na piersi, przyjmując pozę niczym prawnik walczący o rację swojego klienta w sądzie.
-A co, jeśli powiem ci, że to jedno imię?
-Jezusadaa? Nie ma takiego imienia!-odparła z przekonaniem.
-No to nazwę tak swoje dziecko i już będzie!
-Nie możesz-ciągnęła dalej.-Jest to naruszenie paragrafu 7, podpunktu 189. Nie studiowałaś prawa katolickiego?
Przybrałam poważną minę i zmarszczyłam brwi, przysiadając z powrotem na krześle.
-Nie ma żadnego paragrafu 7, ani podpunktu 189. Studiowałam to prawo. Chyba sobie wymyśliłaś ten kodeks.
-Wcale nie! Kodeks ten ma na celu upamiętnienie Jezusa, i w tymże właśnie paragrafie zawarte jest, iż katolik nie może nazwać dziecka Jezusadaa. Jeżeli ty nie masz tak na nazwisko oraz twój mąż też nie, jest to kategorycznie zabronione. Słuchałaś w ogóle w podstawówce na religii?
Pokiwałam głową z uznaniem. Trafiłam na mocnego przeciwnika. Ada jest bardzo dobra w wymyślaniu głupot na bieżąco. Nie mając już żadnej szansy na wybronienie się słownie, postanowiłam zadziałać inaczej. Zaczęłam mierzyć ją "nienawistnym" wzrokiem, na co odpowiedziała tym samym.
Tymczasem, jej ciotka patrzyła raz to na mnie, raz na nią, całkowicie zdezorientowana. Widziała już wiele razy, jak dyskutujemy w ten sposób, jednak do tej pory tego do końca nie pojęła.
Marszcząc czoło, pokręciła z niedowierzaniem głową, na co nie wytrzymałyśmy i obie wybuchnęłyśmy śmiechem.
-Oj, dzieci, dzieci... Ja was nigdy nie zrozumiem-oznajmiła, zrezygnowana.-A teraz zabierać mi się do pracy, bo wam nogi z dupów powyrywam. Blaty nadal nie pościerane, do jasnej ciasnej!




Chwilę przed otwarciem, siedziałam przy barze, oglądając jakiś mecz piłki nożnej, który akurat leciał w telewizji. Nie wiedziałam nawet jakie drużyny grają, jednak dla zabicia czasu, obserwowałam jak ludziki biegają po murawie, kopiąc piłkę.
Swoją drogą, nigdy nie zrozumiem, co jest takiego ciekawego w piłce nożnej. Faceci biegający za piłką, też mi atrakcja... No, ale jak kto lubi.
Westchnęłam ze znudzeniem, zerkając na zegarek. Piętnaście minut. Jęknęłam z goryczą. Jeszcze tak długo, a ja nie mam co ze sobą zrobić...
-O CHOLERA!-usłyszałam, jak Ada drze się na zewnątrz.
Zaciekawiona, podniosłam się i wyszłam przed lokal. Zmarszczyłam brwi, spoglądając na przyjaciółkę z zapytaniem. Ta w odpowiedzi wyciągnęła przed siebie rękę, pokazując na coś palcem. Podążyłam za nim wzrokiem.
-O kurde mać!-wrzasnęłam.
Kilka metrów od nas, na wąskiej drodze, między rzędami kamieniczek i bloków mieszkalnych, stał wielki autokar, całkowicie blokując jakiekolwiek przejście.
Z kawiarni wyszła nieco wyższa od Ady brunetka o jasnych oczach, nasza współpracownica i przyjaciółka, Marta. Również stanęła jak wryta, wpatrując się w jakże zaskakujący widok.
-Jak... Jak on się tutaj w ogóle zmieścił?-zdziwiła się Marta.-Ej, patrzcie, ma Polską rejestrację!-zauważyła.
Tymczasem przednie drzwi pojazdu otworzyły się, a ze środka wyszedł średniego wzrostu mężczyzna o srebrnych włosach i czarnych, krzaczastych brwiach.
Wszystkie trzy aż wstrzymałyśmy oddech. Czy to jest ten człowiek, o którym ja myślę?!..
-Mi scusi, quale città ci troviamo?-zwrócił się do Ady.
-O japierdole...-wydusiła tylko blondynka.
Andrea Anastasi zmarszczył wielkie brwi i zapytał, tym razem po angielsku:
-Przepraszam, to panie umieją mówić po polsku?
Nie doczekał się odpowiedzi od Adrianny, która wpatrywała się w niego wielkimi oczami w całkowitym bezruchu.
Odwrócił się więc do mnie i powtórzył pytanie. Skrępowana zaczęłam się jąkać.
-No... I umiem też włoski...-wydukałam.-Francuskiego trochę, niemieckiego... Eee... Podstawy japońskiego..
Na to, trener polskiej reprezentacji uśmiechnął się z uciechą i podbiegł do autobusu, wołając kogoś. Spojrzałyśmy po sobie z obłąkaniem w oczach.
Po chwili wyskoczył z autokaru drugi mężczyzna, o wiele młodszy. I znów, Ada powiedziała tylko:
-Oooo, ja pierdole...
Boże, Boże, czy to się naprawdę dzieje?! Błagam, powiedzcie, że to nie jest tylko sen!Podekscytowana, rzuciłam się na Martę.
-Marta, Marta, to Dzik! Dziku, żołędzie, Kubiak!-złapałam przyjaciółkę za ramię i zaczęłam nią potrząsać.-Rozumiesz to? Dzik! I on idzie w naszą stronę! Oja, oja, oja ojaaaa!-piszczałam jej do ucha.
Zamilkłam, kiedy brunet podszedł do nas i przywitał się.
-Dzień dobry. Wiedzą może panie, jak stąd wyjechać? Jakiś idiota, którego zapytaliśmy o drogę, powiedział, że przez to miasto będzie szybciej, ale jak widać, trochę utknęliśmy.
Przez dłuższą chwilę po prostu gapiłyśmy się na niego z otwartymi gębami. Trochę zdezorientowany, spoglądał po nas po kolei, nie wiedząc, czy w ogóle rozumiemy, co do nas mówi. Wreszcie Marta rzekła:
-Nie wiemy...Może mój tato wie, zawołam go.
Po czym pośpiesznie weszła do budynku. Wróciła, prowadząc za sobą swojego tatę i tatę Ady.
Tatowie powitali się z Michałem uściskiem dłoni i zaczęli rozmawiać, a my w tym czasie uciekłyśmy z powrotem do lokalu.
Opadłam na jedno z krzeseł, wydając z siebie bliżej nieokreślony ryk, przepełniony jednocześnie ulgą jak i rozpaczą.
-Jezusmaria!-Ada wreszcie odzyskała język i usiadła obok mnie.-To siatkarze, reprezentacja polski, japierdole!-krzyknęła, gestykulując intensywnie, jak to miała w zwyczaju.
-Myślicie że to będzie dziwne, jak poprosimy o autografy?-Marta również zajęła miejsce przy stoliku.-No bo... Tak trochę dziwnie.
-Może się ich zapytamy, jak będziemy przyjmować od nich zamówienia?-przełknęłam głośno ślinę.
Spojrzały na mnie zdziwione, na co wskazałam ruchem głowy w stronę drzwi. Siatkarze wyszli z autobusu i usiedli przy stolikach na dworze.
-Oooo...-zaczęła blondynka.
-Ja pierdole!-dokończyła za nią Marta.

*
Bum :) 
Witam wszystkich na tym oto nowym blogu, innym od tego pierwszego, ten jest jak ja to zwę potocznie "siatkarski". 
Od razu chciałabym zapowiedzieć, że rozdziały będą dodawane nieregularnie i dosyć rzadko, ponieważ nadal nie skończyłam poprzedniej opowieści, na której głównie teraz się skupiam.. Urządziłam sobie taki mały "wyskok", (jakby to pewien mędrzec rzekł "gram na dwa fronty") bo dostałam weny i napisałam powyżej zamieszczony tekst, co spowodowało że niezdrowo się podnieciłam. Chciałam jeszcze zaczekać z publikowaniem, ale podkusiło mnie i proszę bardzo.. 
Następny rozdział pojawi się niedługo, bo już jest napisany. Co do reszty, jeszcze nawet nie wiem jak dalej to potoczyć, więc może to trochę potrwać.. 
Ahoj!  
-Jenny-
A co do tego co jest po włosku... Jeśli są jakieś błędy to proszę się zwrócić do tłumacza google, bo to jego dzieło, nie moje xD Po włosku umiem powiedzieć tylko "bondziorno" więc błagam o wybaczenie. ;)